Menu nawigacji stronami

Recenzje książek. Wszystko dla miłośników książek

Zielony żuk i biały gołąb rozpaczy – Albin Perc

Recenzja książki Zielony żuk i biały gołąb rozpaczy - Albin Perc

Zielony żuk i biały gołąb rozpaczy
Albin Perc

Największym wrogiem powieści jest banał. Niszczy on bowiem to, co w lekturze najważniejsze, czyli napięcie – między nami, czytelnikami, a przedstawianą historią. W wypadku „Zielonego żuka i białego gołębia rozpaczy” trudno nie zauważyć, że banał nie tyle wkradł się, ile zdecydowanie opanował całą opowieść, pozostawiając niepodległym tylko tytuł, który, trzeba przyznać, intryguje.

Bohaterem powieści jest nastolatek, Lucjan, żyjący z autystycznym bratem i matką, która utrzymuje całą rodzinę. Jego życie, związane z wykluczeniem i niełatwymi relacjami nie tylko z rówieśnikami, ale i z rodziną, nabiera tempa, gdy Lucjan próbuje wpłynąć na swoją sytuację życiową. Kluczowe okazuje się poznanie pewnej dziewczyny, która niespodziewanie i odważnie stanęła w obronie chłopaka.

Dużym problemem tej książki jest schematyczność, która w pełni determinuje odbiór. Czytając, nie sposób nie zauważyć, jak autor dosłownie realizuje schematy czy koncepty na „wzruszającą” historię. Mamy w tej powieści tematy, które uchodzą za ważne, trudne, „do przerobienia”, wypadające w tym wypadku jednak banalnie i sztampowo. Należałoby w tym miejscu zacząć od wymieniania samych nieciekawych kreacji bohaterów (w tym ich relacji z innymi postaciami), kończąc na niezaskakującej konstrukcji utworu. Ale powoli, od początku. Przyjrzymy się najpierw językowi. To zaskakujące, że ani autor, ani nikt z redakcji nie zauważył, jak wiele w tej książce banału (jak się okazuje, słowo-klucz dla „Zielonego żuka…”), jak wiele panoszy się w niej komunałów i pustych znaczeniowo zbitek słownych, które niekiedy pęcznieją do całych akapitów, pozbawionych wartości językowo-intelektualnych, oferujących wyłącznie ubaw – wynikający nie z komizmu, a z tandetności. Żeby nie być gołosłownym, warto przytoczyć kilka cytatów:

„(…) odpowiedź uzmysłowiła mi coś bardzo ważnego, a mianowicie to, iż żeby coś osiągnąć lub stać się, kim chcemy, musimy – oprócz wiary w to – codziennie z rękoma gotowymi do walki iść na przód (…)” (s. 70),

„(…) kontury ust jak dwa oceany spiętrzają się, kiedy ich drogi nagle się spotykają (…)” (s.57),

„(…) Gdy zmienisz kurs i pojmiesz swój błąd, usilnie dążyć będziesz, by na tej pustyni wyrosła choć jedna roślina, wtedy osiągniesz sukces. Zrobisz to, dokonasz tego, odkryjesz nową drogę. I choćbyś musiał przez resztę życia odmierzać ją swoimi krokami, to zapamiętaj, że zawsze ma to sens (…)” (s. 41).

Można by wymieniać tak dalej, pewnie bez końca, ale myślę, że nie jest to konieczne. Już na podstawie powyższych cytatów, jak najbardziej – niestety – reprezentatywnych, łatwo zauważyć styl autora, wyrażony w podobnych kliszach myślowych i sformułowaniach, które jako pierwsze cisną się na usta każdemu z nas, gdy próbujemy – za Norwidem – „odpowiedniej dać rzeczy słowo”. Poza nierugowaniem tego typu naleciałości językowych autorowi można zarzucić używanie utartych spostrzeżeń, metafor czy wypłowiałych określeń, a także płytki dydaktyzm, typowy dla pseudocoachingu – prosto z programów śniadaniowych. Wymieniając przykłady należałoby zacząć od dialogów, gdzie bohaterowie – jak w przywołanym wcześniej fragmencie – rozmawiają o wolności ptaków („[…] dziś jestem tu, jutro mogę być tam, nie ma co się przywiązywać do ludzi, do miejsc, żeby potem nie żałować […]”), kontynuując spostrzeżeniami o rodzicielskim poświęceniu („[…] Była niczym pająk tkający od świtu do zmierzchu […]”), kończąc na uwagach, dotyczących niby jakichś życiowych prawd, a tak naprawdę – ze względu na wyświechtanie – niczego konkretnego („[…] Wszyscy mamy prawo do tego, by popełniać błędy, lecz istotą człowieczeństwa będzie sytuacja, w której z błędów tych umiemy wyciągać naukę […]”). Można by również przywołać jeszcze bardziej oklepane frazesy, takie jak „lata utracone” czy „dach [który] spowijała całkowita ciemność”, ale wydaje mi się, że nie jest to niezbędne. Należy jednak zwrócić uwagę na inny problem, a mianowicie nieznośny rodzaj generalizacji, obecny zwłaszcza w pierwszej połowie powieści. Narrator, na ogół zaczynając kolejne rozdziały czy wątki, z upiorem maniaka sprowadza swoje spostrzeżenia do „każdego” lub osobliwego, bliżej nieprzedstawionego, uniwersum, wyrażonego słowem „zawsze”. Wstęp i pierwsze trzy rozdziały rozpoczynają się kolejno w sposób następujący: „Każdy w swoim życiu prędzej czy później (…)”, „(…) Każde dzieciństwo wymaga (…)”, ”„(…) Szkoła zawsze była dla mnie (…)”, „(…) Każda przerwa w naszej szkole (…)”. Zachodzę w głowę i nie wiem, co autor chciał osiągnąć tak szeroko rozpisaną uniwersalizacją, jednak śmiem przypuszczać, że problem może być bardzo łatwy do rozwiązania – takie uogólnienia stanowią najprzystępniejszy sposób rozpoczynania kolejnej cząstki narracyjnej, bo z jednej strony pozwalają na swobodne wprowadzenie dowolnej myśli, a z drugiej wychodzą naprzeciw czytelnikowi, w jakiś sposób integrując go z przedstawianą rzeczywistością. Niestety, co szybko wychodzi na jaw, taka postawa narracyjna nie tylko nie przybliża odbiorcy do poznawanej historii, ale także zraża go nachalnością i widoczną pozornością.

Abstrahując od płaszczyzny językowo-stylistycznej, choć można by podywagować jeszcze na temat poprawności językowej i staranności edytorskiej, warto spojrzeć krytycznie na samą oś wydarzeń, fabułę, która – jak w najgorszym koszmarze sennym zapalonego czytelnika – wydaje się znana jeszcze przed lekturą. Losy głównego bohatera okazują się błahe i zupełnie niezaskakujące, głównie ze względu na powielenie utartych zamysłów. Autor nie prowadzi postaci ani przez wydarzenia, ani przez relacje ciekawie dla odbiorcy. Można odnieść wrażenie, że „odznacza” punkty z listy, której realizacja ma zapewnić napisanie przejmującej, realistycznej powieści o dorastaniu w trudnych warunkach. Mamy w związku z tym całą plejadę nijakich bohaterów i wydarzeń, na czele z prostytuującą się matką oraz synem-uczniem, wykluczonym w szkole. I bynajmniej nie chodzi w tym miejscu o to, że obsadzenie takich elementów czy sytuacji w fabule jest złe. Problem wynika z błahości i realizacji na poziomie telewizyjnego serialu – pełno tandetnych, nudnych dialogów (choćby ze szkolnym pedagogiem czy wyrozumiałym policjantem), zwierzeń i dylematów dotyczących tak naprawdę niczego. Rozwój wydarzeń postępuje po łebkach, a wszystko, co przydarza się postaciom, zostaje zaprezentowane czytelnikom tak, jakby ci nie byli ani trochę krytyczni wobec przedstawionego świata, jakby wierzyli we wszystko, co przekazuje narrator. Niestety tak nie jest, bo odbiorca traci do niego zaufanie, postrzega go za mało przekonującego – właśnie za sprawą widocznej pozorności i niedokładności. Gdy w „Zielonym żuku i białym gołębiu rozpaczy” dochodzi do sytuacji, która okazuje się istotna lub tragiczna, narrator nie poświęca jej na tyle dużo uwagi, by czytający mógł uznać rangę wydarzenia (na przykład jak przy powrocie bohatera do szkoły po bójce lub przy rozmowie z inspektorem policyjnym w sprawie brutalnego pobicia matki i jej kochanka), a „biegnie” do przodu, mówiąc o wszystkim zdawkowo, schematami (wdał się w bójkę, bo bronił matki, pobił kochanka, bo chciał, by matka inaczej postępowała…). Brak w tej książce argumentacji, wyjaśnień, logicznych ciągów przyczynowo-skutkowych, prowadzonych choćby na poziomie portretów psychologicznych.

Nie jestem w stanie polecić tej powieści. Albin Perc proponuje bowiem książkę niedopracowaną, boleśnie schematyczną i wypełnioną komunałami, raz po raz udowadniającą, że pisanie to tak naprawdę rzemieślnicza praca, obecna także na poziomie żonglerki słownej. Autor nie poszukuje, nie zadaje sobie pytań o zasadność używanych sformułowań i nie próbuje być twórczy, a sama opowiadana historia okazuje się po prostu jedną z wielu. „Zielony żuk i biały gołąb rozpaczy” rozczarowuje i nudzi.

Informacje o książce:
Tytuł: Zielony żuk i biały gołąb rozpaczy
Tytuł oryginału: Zielony żuk i biały gołąb rozpaczy
Autor: Albin Perc
ISBN: 9788380838963
Wydawca: Novae Res
Rok: 2018

Zaprzyjaźnione blogi