Menu nawigacji stronami

Recenzje książek. Wszystko dla miłośników książek

Rzeczpostapokaliptyczna Polska - Patronat MoznaPrzeczytac.pl

Człowiek z Wysokiego Zamku – Philip K. Dick

Recenzja książki Człowiek z Wysokiego Zamku Philip K. Dick

Człowiek z Wysokiego Zamku
Philip K. Dick

To ja nazywam się Hawthorne Abendsen. To mnie proszę umożliwić projektowanie alternatywnej rzeczywistości. Chcę ten świat, na który patrzę z wysoka, sprowokować i zmusić do refleksji. Świat rozdartej demokracji, wyzysku i nadużyć, gdzie jedyną realną podstawę uwarstwienia stanowi stan posiadania. To świat cynicznych nierówności. Efekt końcowy płukania totalitarnych żołądków. Wolność okupiona za cenę ustanowienia surowego systemu ekonomicznego. Ejże! Przecież gdyby Państwa Osi wygrały II wojnę światową to te niedostatki demokracji byłyby niczym w porównaniu do ideologicznego ucisku. Światem rządziliby narkotyczni blondyni kierowani głosem psychopaty, żółci inteligenci o wyrafinowanych metodach niszczenia tożsamości narodowej, a także leniwi i seksualnie wyuzdani śródziemnomorscy eleganci z nieuleczalną manią wielkości. Tfu!

Jednak wizja, w której Państwa Osi wygrały II wojnę światową została przed pięćdziesięciu laty wyłożona w słynnej powieści Philipa K. Dicka zatytułowanej „Człowiek z Wysokiego Zamku”. To dzieło miało swą premierę w niespokojnym okresie międzynarodowym, w którym ze swych zamrażarek nuklearnymi palcami grozili przedstawiciele dwóch największych ówcześnie mocarstw – USA i ZSRR. Philip K. Dick nie sięga do atomu. W jego powieści Amerykanie stali się poddanymi Japończyków, względnie tworzą żałosną oś reakcji wobec powojennego porządku politycznego, a Rosjanie czy inne narody słowiańskie zostały zmiecione z krajobrazu człowieczego jestestwa. Być może autor chciał w ten sposób wyrazić swą dezaprobatę wobec walki kogutów, jaką urządzili sobie po II wojnie światowej politycy amerykańscy i radzieccy. Zgotował więc im los prymitywnych sługusów systemu lub starł ich z powierzchni ziemi. To uczciwe wynagrodzenie za strach milionów niewinnych obywateli.

W tej wizji chodzi jednak o mechanizm egzystencji człowieka na świecie zdominowanym przez zbrodniarzy. Oni w zgodzie z poglądami Machiavelliego stali się po wygranej wojnie aniołami świata. Nikt ich już nie będzie sądził, nikt nie zapyta przed Trybunałem Sprawiedliwości o motywy zagazowania połowy świata, nikt też nie będzie patrzył jak ich ciała dyndają na szubienicach prawdy. Zupełnie więc nie dziwią mnie przepychanki o władzę w centrum Trzeciej Rzeszy, gdzie zwyrodnialcy pokroju Goringa, Heydricha czy Goebbelsa tarzają się w kale, moczu i krwi pozostawionej w spadku przez Hitlera, następnie zaś Bormanna. Nie dziwią mnie również Japończycy. Anonimowi – bo gdzie jest kat pokroju Tojo? – precyzyjni, dokładni i inteligentni. To powolni terminatorzy amerykańskiej dumy, historii i symboli narodowych. Mniejsze znaczenie w tym układzie mają Włosi, nudni i przewidywalni, raczej zafascynowani Nowym Rzymem, niż oddani machinacjom politycznym. Zwycięzcy roztoczyli pomiędzy sobą strefy wpływów – najwięcej dzieje się w ex kolebce demokracji, na terytorium amerykańskim. To tam poznajemy najważniejszych bohaterów „Człowieka z Wysokiego Zamku”.

Kilka personalnych historii, od sługusów systemu po ich wykonawców, krzyżuje się w tym gorzkim świecie, choć na ogół nie ma to większego znaczenia dla poddanych. Persony pokroju Franka Frinka, Roberta Childana i Eda McCarthy’ego nie są zdolni do wielkich rzeczy. Nawet jeśli przypadkiem coś interesującego wydadzą na świat to owe rzemiosło staje się własnością władców systemu. To więc defetyści akceptujący układ polityczny, realizujący swe małe interesy, żywiący się tym, czego nie zjadły lwy. Oni boją się nawet marzyć, a resztki swego dziedzictwa zamieniają w handlu na dodatkowe punkty życia. Inaczej niż femme fatale tej historii – Juliana Frink. Kobieta silna i zdecydowana, znacząco wykraczająca ponad poddańcze cechy innych bohaterów z obozu pokonanych. To ona docieka prawdy. Natomiast tam, gdzie znajdują się wykonawcy systemu, tam też tworzy się pasjonująca historia szpiegowska o pękaniu statusu quo w japońsko-niemieckim układzie politycznym. Idąc tym tropem miałem za złe Philipowi K. Dickowi, że w swej abstrakcyjnej powieści stworzył przesłanki do częściowego wybielenia Heydricha. Ochłonąłem. Zło bywa stopniowalne, ale zawsze pozostaje złem.

Prawdziwych wątpliwości dostarcza dopiero Nobusuke Tagomi. Cholera! Ten wrażliwy na piękno żółty urzędas, wykonawca złego systemu, daje się lubić, a zarazem nieświadomie staje się bohaterem uciskanego ludu. Takim małym Oskarem Schindlerem z przypadku. To on też – oprócz Juliany Frink – staje się jednym z demaskatorów rzeczywistości, w której naprawdę funkcjonuje. Możemy poszukiwać odpowiedzi za pomocą Yijing, tworzyć też porównania do kolejnej alternatywnej rzeczywistości, takiej jak „Utyje szarańcza” Abendsena, ale to istota dociekań leżących w ludzkiej naturze wystarcza do odnalezienia każdej z prawd. Kiedy tak cierpiałem na ból serca siedząc na ławce z Tagomim, kiedy byłem też towarzyszem świeżo upieczonej morderczyni Juliany Frink, to czułem, że świat, który dopiero poznałem zaczyna się powoli rozpadać. Czułem, jak ten powojenny fetor, te wszystkie monumentalne budowle i zbrodnicze hasła ulatują. Pękają niczym bańki mydlane na jesiennym wietrze. To nie przypadek, że człowiekiem z wysokiego zamku okazuje się ja, ty, właściwie każdy z nas, komu wyobraźnia nie stawia przeszkód do tworzenia.

Zatem Philip K. Dick mówi, że alternatywne wizje historii nie są domeną wyłącznie historyków przekuwających swe nadęte intelektualne domniemywania w dzieła o walorze naukowym. Wtedy, pięćdziesiąt lat temu, tak samo dziś, każdy może nazywać się Abendsen. To nie historia patrzy na nas z wysoka, ale to my pomni doświadczeń winniśmy być strażnikami świata przed niegodziwością niesioną w skrajnych sloganach przywódców politycznych. Żyjemy w czasach pełnych napięć, które mogą eskalować do rozmiarów grzyba atomowego czyniącego z ludzi – w najlepszym wypadku – pozbawionych snów żałosnych poddanych zbrodniczego systemu. To właśnie „Człowiek z Wysokiego Zamku” sprawia, że ten świat, w którym żyjemy należy do nas. To my możemy decydować o jego normalności nawet jeśli powszechne rozwiązania burzą w nas krew. My, ludzie, każdy z osobna mieszkaniec swojego wysokiego zamku.

Informacje o książce:
Tytuł: Człowiek z Wysokiego Zamku
Tytuł oryginału: The Man in the High Castle
Autor: Philip K. Dick
ISBN: 9788378181279
Wydawca: REBIS
Rok: 2013

Kontakt z recenzentem: konrad.morawski@wp.pl

  • Adrian Wiśniewiecki

    Muszę przyznać że nie słyszałem o tej książce mimo że z twórczością Philipa Dicka miałem już kiedyś styczność. Mimo wszystko, zachęciłeś mnie tą recenzją, trzeba będzie dodać na listę „do przeczytania” ;)

  • Konrad Morawski

    Dziękuje. To powieść do zjedzenia przez jedną noc dla osób zainteresowanych historią XX wieku, a w szczególności jej alternatywnymi wariantami. Sądzę, że osoby niekoniecznie zaangażowane w historię też odnajdą w tej powieści coś wartościowego, co moim zdaniem odzwierciedla się w sposobie radzenia sobie ludzi z rzeczywistością, której wcale nie oczekiwali. Rzecz, która umożliwia skuteczne odłączenie się od świata, a jednocześnie wskazuje na nieodzowność pewnych cech leżących w ludzkiej naturze.

Zaprzyjaźnione blogi