Menu nawigacji stronami

Recenzje książek. Wszystko dla miłośników książek

36 i 6 powodów by zabić – Lukas Wilski

Recenzja książki 36 i 6 powodów by zabić

36 i 6 powodów by zabić
Lukas Wilski

„Myślicie, że rola gangstera to taka prosta fucha, co? Tak jak na filmach? Nic, tylko rabować, gwałcić i wymachiwać pukawką do wszystkiego, co się rusza? Hm? Trzeba mieć łeb na karku i jaja jak kokosy, by zacząć coś znaczyć w tym mieście. A żeby znaczyć, to trzeba najpierw coś sobą zaprezentować, a żeby coś zaprezentować, to trzeba mieć na to szansę. Wy swoją dostaliście i spieprzyliście w każdym calu. Więcej okazji nie będzie…”*

*zaprezentować – reprezentować?

Czy „36 i 6 powodów by zabić” to zła książka? Raczej wypada stwierdzić, że jest ona niespójna i niekompletna, jako coś co mielibyśmy uznać za gotową, skończoną propozycję dla czytelnika, ale zacznijmy może od samego autora. Otóż ów autor, Lukas Wilski, jest … No właśnie. Nie wiemy kim jest tajemniczy Lukas Wilski. O autorze nie znajdziemy praktycznie żadnych informacji, zarówno na okładce samej książki, jak i we wszechwiedzącym internecie. Można jedynie domyślać się, że pochodzi on z Krakowa, bądź też zwyczajnie uznać, że mamy do czynienia z powieścią napisaną pod pseudonimem. To drugie przypuszczenie wydaje się być bardziej prawdopodobne (nazwisko Wilski brzmi podobnie do nazwisk bohaterów pojawiających się w książce) i to może pewne sprawy wyjaśniać.

Na odwrocie książki czytamy, że oto będziemy śledzić losy niejakiego Jana Wrotowicza, który żyjąc na pograniczu świata przestępczego i zwykłej codzienności, wskakuje w nurt kryminalnego chaosu… A wszystko to rozgrywać się będzie w Krakowie będącym miastem rodem z gangsterskich lat trzydziestych. I w tym miejscu należy zaznaczyć, że nie jest to misterna próba odtwarzania przedwojennego Krakowa, co mogłoby sugerować inspiracje choćby Markiem Krajewskim i wyobrażanym przez niego Wrocławiem, jako miejscem mrocznym i występnym, gdzie poznajemy policjanta kryminalnego Eberhardta Mocka. Wprawdzie obu bohaterów – Wrotowicza i Mocka – łączy wspólna cecha, jaką jest pedantyczność.
Książka została podzielona na kilka rozdziałów, które tworzą cztery ostatnie dni lipca. Każdorazowo, pomiędzy zmianami akcji w rozdziałach, pojawia się ilustracja popielniczki z wetkniętym w nią dymiącym papierosem – na popielniczce widnieje napis „trouble” (?). Narracja prowadzona jest zarówno w pierwszej (Wrotowicz), jak i w trzeciej osobie. Konstrukcja fabuły jest bardzo prosta. Książka zaczyna się i kończy tą samą sceną, zaś to, co dzieje się pomiędzy nimi ma rzecz jasna doprowadzać nas do stopniowego wyjaśnienia całej sprawy. A jeśli już mowa o samej sprawie, to jest ona prosta i nad wyraz nieskomplikowana – rywalizujące ze sobą gangi zaczynają się wzajemnie eliminować, a wśród nich lawiruje i krzyżuje szyki były policjant śledczy Jan Wrotowicz oraz tajemniczy morderca gangsterów. Ot całe sedno sprawy. Co prawda autor sili się na jakąś skomplikowaną i zaskakującą intrygę, która miałaby splatać wszystkie pojawiające się w książce wątki, ale w efekcie otrzymujemy sytuacje i dialogi przypominające rodzinne perypetie godne serialowego suspensu, gdzie bohaterowie raczą się niewidzialną herbatą…

To co bije po oczach od samego początku, to nadmierna słabość autora do stylizowania każdej sceny, gdzie z uporem maniaka estetyzuje napotykane przez nas wnętrza, czy elementy garderoby, co oczywiście nie jest w tym wypadku zanurzaniem się w przeszłość i odkrywaniem wizerunku przedwojennego, czy też powojennego Krakowa, a zaledwie opisem klisz z amerykańskich filmów w stylu noir, gdzie autor ucieka się jedynie do umieszczania najbardziej kojarzących się z tym gatunkiem rekwizytów. Toteż w każdym wnętrzu na suficie będzie widoczny leniwie pracujący wiatrak, zaś niemal każdy gangster będzie nosił Fedorę z szerokim rondem, wypastowane mokasyny, a jego wiernym kompanem będą do wyboru: magnum, bębenkowy thompson, koktajl mołotowa, czy Luger. Kobiety będą zaś palić papierosy przez szklane fifki będąc ubrane w długie połyskujące suknie, bądź też pojawiać się będą niczym kuszące zjawy przeciągając się w łóżku i kreśląc kostką lodu mokre ślady na ciele… Wszyscy bohaterowie przeważnie popijają ciemny alkohol, palą zagraniczne cygara, wystrzeliwują „powietrznego całusa” i rozbijają się do wyboru: Cadillackiem, Plymouthem, Packardem, Camaro czy też Lincolnem. Do tego uczęszczają do takich lokali, jak Smooth, gdzie czarnoskóra piosenkarka śpiewa „Ain’t no sunshine”, czy Kwaśna Tequila (że wspomnę jeszcze o hotelu Las Vegas), zaś w gazecie „Głos Krakowski” pojawi się iście sensacyjny nagłówek „Kto wygryzł Kamila Keatona?!”. Tyle jeśli chodzi o klimat dawnego Krakowa. Oczywiście znajdziemy tu krakowskie ulice, mosty, place, wreszcie rynek, cytadelę, czy nawet teatr Słowackiego, ale w dalszym ciągu Kraków będzie sprawiać wrażenie dzielnicy, względne enklawy w środku wielkiego miasta (gdzieś w Ameryce), którą zamieszkuje mniejszość europejska. Z typowo polskich akcentów mamy tu jedynie białą Syrenę Sport oraz obraz Wyspiańskiego.
Równie trudno poskromić czasy w jakich rozgrywa się owa fabuła, bowiem już przytoczone modele broni, które zostały wyprodukowane w odległych od siebie okresach historii zdradzają, że owe lata trzydzieste, które sugeruje opis książki, są jedną z kilku niezobowiązujących konwencji, po które sięga autor. Mamy tu do czynienia z naprawdę różnymi, przypisanymi do swoich czasów atrybutami i kontekstami tj. „jak morska kostka toaletowa”, „schłodzona małpka rumu”, „bramkarze” w odniesieniu do ochrony lokalu, „para pomarańczowych lenonek”, „przerośnięty kujon na etapie gimnazjum”, „wypruje nas jak pluszowe osły z cukierkami”, „ponoć mamy wolny kraj?”, „na wzór nazistowskiego kapo”, „kanar”, „metroseksualna fajtłapa”, „nasiąka jak tampon”, „parlamentarzyści na stołkach”, „skręt” itd. Pojawia się tu nawet język właściwy dla internetu: „zarzygam go tęczowym pawiem”, „kolekcjonować pocztówki z jednorożcami”…

W fabule pojawiają się także błędy logiczne, czy też pewne niekonsekwencje np. Wrotowicz w trakcie pozorowanej ucieczki rani sobie policzek, a kiedy potem spotyka się z Różą, ta w ogóle nie zwraca uwagi na pokiereszowaną twarz kochanka, łatwość z jaką Ignacy zgadza się na współpracę z Wrotowiczem, Aneta będąca w klubie wtapia się w tłum pozorując czytanie książki itd.

To co można uznać za główną słabość fabuły, to to, że jest ona kompletnie nieangażująca i pozbawiona „nerwu”. Głównego bohatera Wrotowicza poznajemy, jako byłego glinę, który jest zwykłym donosicielem, manipulatorem i wiarołomcą chytrym na pieniądze. Do tej listy należy dodać także słabość do przygodnego seksu, dobrego alkoholu, eleganckiej garderoby i kolekcjonowanych dzieł sztuki. Tyle. Nie znamy konkretnych przesłanek, dlaczego zrezygnował z kariery policyjnej (jest to właściwie wyjaśnione w zaledwie kilku zdaniach – nie stoi za tym żadna konkretna historia), za to dokładnie wiemy w jaki sposób przyrządza on drinki i co zamierza na siebie ubrać przed każdym wyjściem (tu autor absolutnie nie szczędzi nam szczegółów). Sposób w jaki została zbudowana emocjonalna strona naszego protagonisty każe sądzić, że jest on najpewniej schizofrenikiem. Najpierw pozbawia on życia kolejnego na swojej drodze przeciwnika, a tuż po wyjściu z jego mieszkania nonszalancko stwierdza, że „stracił coś z siebie”, po czym rzuca suchy precel gołębiom… Autor nie potrafi konsekwentnie nakreślić kim jest i jaki jest Wrotowicz – najpierw bohater mówi o sobie, że jest „zafrasowany”, a chwilę potem wyrzuca z siebie: „Tak to, kurwa, jest! Jak się już coś w życiu pierdoli to do kwadratu!”. Z jednej strony Wrotowicz podkreśla, że nie jest byle kim na mieście, ukręca głowy kolejnym rzezimieszkom, w piwnicy trzyma trupa, o którym sobie co jakiś czas przypomina, że musi się go pozbyć, a gdy sam wreszcie dostaje w twarz, to z miejsca pokornieje: „Wiem, że nie żartuje. Ta kanciasta kreatura byłaby do tego zdolna, dlatego odruchowo zaciskam wargi, aby przypadkiem nie wydać z siebie czegokolwiek artykułowanego. Boje się nawet za głośno pomyśleć”.

Podobna sytuacja jest z resztą bohaterów. Wiemy dokładnie, jak wyglądają, jak się ubierają i czym jeżdżą, ale ich właściwe motywy są nam bliżej nieznane – poza tym, że wszyscy dążą do przejęcia władzy nad miastem. W sumie przez całą książkę przewinęły się wątki handlu dziełami sztuki, diamentami z Afryki, morfiną, czy kokainą, ale były to jednorazowe wspomnienia, które nie stanowiły głównej ingerencji w fabułę, czy też motywacji, dla której szajki gangsterów miałyby się kolejno wyrzynać. Postacie są drewniane i nie wychodzą poza wyznaczone im ramy stereotypowych wyobrażeń, w dodatku są nam kompletnie obojętni i właściwie są niczym więcej, jak statystami, którzy co chwilę dokonują żywota. Wyjątek stanowi postać albinosa, który do złudzenia przypomina nordyckiego zabójcę granego przez Tobina Bella w filmie „Firma” z Tomem Cruisem oraz twardziel czytający „Zbrodnię i karę”. Jednak prawdziwym pulpowym kinem w stylu Tarantino-Rodriguez powieje, gdy jeden z oprychów odzywa się do drugiego w te słowa: „Stul wreszcie dziób. Szef kazał ci tu siedzieć, to siedź. Zaraz wracam. Nigdzie nie odchodź, marudo…”. Podobne wrażenia z pogranicza pastiszu wywołują niezbyt wymyślnie brzmiące nazwiska takie, jak Bykowski, czy bracia Szatańscy…

Bezbarwność bohaterów mogła jeszcze uratować akcja, ale niestety tej jest tu, jak na lekarstwo, bowiem większość scen jest statyczna, uginającą się pod naporem co rusz zbędnych opisów i jeśli już dochodzi do konkretnej dynamiki, to trwa ona przez zaledwie kilka zdań np. strzelanina na cmentarzu, czy „brawurowe” uprowadzenie Jeleńskiego. Jedynie pościg wraz ze strzelaniną utrzymywał względną wartkość, choć i tak był on stanowczo za krótki i pozbawiony większej dramaturgii. Akcja rządzi się tu prawem w stylu – padł strzał, rozlała się krew, przechodzimy dalej. Znalazło się też miejsce na kilka bardziej homeryckich zgonów, które jak mniemam, miały wprawić czytelnika w stan zadumy i nostalgii. Tak więc w teatralny sposób żegna się z nami aż trzech bohaterów.

W książce nie zabrakło za to momentów, w których można było wybuchnąć niejedną salwą śmiechu. Bo jak inaczej zareagować, gdy czytamy: „Łykną to jak anakonda wróbla”, „ciekawość kręci żołądkiem jak dziecięcym bąkiem” (chyba bączkiem?), „Ty ćwoku – szepcze nieuprzejmie”, „lebiody” zamiast lebiegi, „czujemy każdą nierówność, jakbyśmy kołowali po kuwecie wysypanej żwirkiem dla kota”, „Zważaj, ciziu, na słowa!” itd. Poza tym należy oddać sprawiedliwość, że autor naprawdę potrafi tworzyć dobre opisy i, jak można się co chwilę przekonywać, bardzo lubi to robić. Nie mniej czeka go jeszcze spora praca nad swoim warsztatem pisarskim, gdzie powinien zacząć od zrozumienia prostej prawdy, że to głównie postacie tworzą klimat, a nie kolejny opis zadymionego salonu z żyrandolem.

Czy tę książkę można w ogóle komuś polecić? Wydawać by się mogło, że nie, ale w sieci można znaleźć kilka pochlebnych recenzji, nawet taką, w której autorka przekonuje, że Lukas Wilski świetnie oddał klimat starego Krakowa… Jest to więc żywy dowód na to, że znajdą się i tacy, którym książka się zwyczajnie spodoba, ale najpewniej będą to bardzo młodzi odbiorcy, albo zwyczajnie niewprawieni czytelnicy, bo już na pewno nie fani gatunku.

Zarówno tajemniczemu Lukasowi Wilskiemu, jak i tym, którym zależy na DOBREJ i SOLIDNEJ rozrywce w stylu czarnego kina polecam „Pogromców mafii” Paula Liebermana.

Informacje o książce:
Tytuł: 36 i 6 powodów by zabić
Tytuł oryginału: 36 i 6 powodów by zabić
Autor: Lukas Wilski
ISBN: 9788379422791
Wydawca: Novae Res
Rok: 2014

  • bloger recenzent

    Prawda jest taka że większość recenzenckich egzemplarzy trafia do „recenzentów” którzy zawsze pochwalą książkę i polecą wszystkim w zamian za darmowy egzemplarz. Potem się chwalą „stosikami” książkowymi od wydawnictw na lewo i prawo (inna sprawa że potrafią w ciągu tygodnia przeczytać 10 książek po 200-300 stron co nie wydaje się realne – książki są czytane pobieżnie stąd zdawkowe recenzje). Wydawnictwa myślą że sprzedają dobre książki, a autorzy słabych książek myślą że to co „tworzą” jest na poziomie. Efekt jest tego taki że wszędzie są tandetne książki i każdy bezkrytycznie wydaje sobie co chce.
    Cieszy mnie to że jednak są osoby i blogi książkowe które mimo wszystko czytają i recenzują rzetelnie książki. Zwłaszcza że to książka od wydawnictwa Novae Res które ostatniego czasu zasłynęło straszeniem blogerów pozwami sądowymi (Patrz sprawa z blogerką Post Meridiem: http://postmeridiem1.blogspot.com/2014/05/informacja.html). Jak widać publikując taką recenzję macie przysłowiowe „jaja”. Z drugiej strony recenzja ta jest merytoryczna, konkretna i z przykładami, więc niska ocena książki jest jak najbardziej uzasadniona. Gratulacje i życzę żadnych pozwów!

    P.S. Pamiętajcie, że w razie czego strefa blogerów potrafi się zjednoczyć, co nie raz pokazała…

    • To nie jest kwestia przysłowiowych „jaj”, bo nic, co padło w tej recenzji nie jest bezpodstawne. Może gdybym pisał to z uprzedzeniem do takiego, czy innego wydawnictwa i podświadomie dążyłbym do tego by móc je za wszelką cenę zdeprecjonować (oddalając się tym samym od istoty sprawy), to faktycznie byłaby to kwestia odwagi, chociaż i tu mam wątpliwości, czy tak należałoby to wtedy tłumaczyć. Skupiłem się na tej konkretnej książce i na tym, jaka ona jest. Tak jak każdy, kto recenzuje tu książki, tak i ja jestem to winny czytelnikom by świadomie nie wprowadzać ich w błąd – nie tak wyobrażam sobie budowanie społeczności skupionej wokół pasji, jaką jest czytanie, a już na pewno nie za cenę podarowanej książki. Osobiste poglądy zawierające nieco szerszy kontekst dotyczący zasadności i sposobów dystrybuowania tego typu tytułów zawarłem w komentarzu poniżej recenzji. Dziękuję za Twój komentarz i za słowa uznania!

  • Pozwolę sobie dodać takie małe off the record do mojej recenzji: „36 i 6 powodów by zabić” to dobry przykład na poparcie argumentu w trwającej dyskusji, że wprowadzenie ustawy o jednolitej cenie książki może być dla czytelnika sporym ZAGROŻENIEM. Bowiem owa ustawa miałaby w demagogicznym zamyśle przeistoczyć dotychczas wolny rynek książki w zamknięty układ działający na styku handlu i kultury… A wszystko to rzecz jasna w imię propagowania czytelnictwa, wspierania ambitnej twórczości i wreszcie ochrony książki, jako dobra kultury. Bla, bla, bla … Wstęp do projektu ustawy można zawrzeć w dwóch słowach: partykularny interes. Gdyby jednak Polskiej Izbie Książki udało się jakimś cudem przeforsować tenże projekt ustawy, to obowiązująca cena okładkowa „36 i 6 powodów by zabić” w tzw. okresie ochronnym od dnia premiery przez bodaj rok byłaby niczym innym, jak zwykłym skokiem na kasę (w tym wypadku cena okładkowa wynosi aż 34zł z VAT?!). Tymczasem jest nadzieja dla niektórych, że książka ta wkrótce swoją ceną zbliży się do półlitrowej butelki wódki i to, parafrazując myśl Sapkowskiego, zacznie nas stawiać przed sensownym wyborem. Prawda jest taka, że książka ta w obecnym kształcie nie powinna w ogóle ukazać się w druku, ponieważ jest pod wieloma względami niedopracowana – taki wyrób czekoladopodobny na bazie podrzędnej receptury w cenie markowej czekolady. Podczas gdy książka ta jest w regularnej sprzedaży, jako gotowy produkt, powinna być raczej dostępna do pobrania na autorskiej stronie pisarza – ZA DARMO! Dopóty mamy WOLNY rynek książki, dopóki możemy mieć nadzieję, że książka ta wkrótce sczeźnie na dnie kosza z wyprzedażami w markecie. Adeptom sztuki pisarskiej byt powinno zapewniać państwo w postaci chociażby programów stypendialnych, a nie zbłąkani czytelnicy tułający się po ciemnych zaułkach księgarni.

  • Piotr Dobosz

    Wy jak coś walniecie to potem żadna książka się nie sprzeda…

Zaprzyjaźnione blogi