
Rewolucja w uczeniu
Dryden Gordon, Vos Jeanette
W świecie, w którym wiedza dezaktualizuje się szybciej niż szkolne programy nauczania, pytanie o to, jak się uczyć, przestaje być wyłącznie problemem uczniów przed klasówką. Dotyczy właściwie każdego: dziecka, studenta, nauczyciela, rodzica, pracownika zmieniającego branżę, a także seniora, który nie chce wypaść poza nawias cyfrowej rzeczywistości. Gordon Dryden i Jeannette Vos w książce „Rewolucja w uczeniu” próbują odpowiedzieć właśnie na to pytanie, ale robią coś więcej – starają się pokazać, że edukacja nie powinna być mechanicznym wtłaczaniem informacji do głowy, lecz świadomie zaprojektowanym procesem rozwijania ciekawości, sprawności umysłowej i samodzielności. Brzmi ambitnie? Owszem. Momentami nawet zbyt ambitnie. Ale trudno odmówić tej książce rozmachu.
„Rewolucja w uczeniu” to obszerna pozycja, mająca formę poradnika, popularnonaukowego wprowadzenia do mechanizmów uczenia się oraz przeglądu edukacyjnych eksperymentów z różnych części świata. Autorzy prowadzą czytelnika przez zagadnienia związane z funkcjonowaniem mózgu, motywacją, stylami uczenia się, rodzajami inteligencji, pracą z pamięcią, wykorzystaniem map skojarzeń, nauką języków obcych, rolą muzyki, aktywności fizycznej, odpoczynku i odpowiedniego nastawienia. Znajdziemy tu także wiele odniesień do szkół, firm i systemów edukacyjnych, które próbowały odejść od tradycyjnego modelu nauczania, często z bardzo interesującymi rezultatami. Książka nie jest więc tylko zestawem haseł w stylu „ucz się szybciej”, ale raczej szeroką próbą zebrania metod, przykładów i idei, które mają wspólnie odpowiedzieć na pytanie, jak uczyć się skuteczniej i z większą przyjemnością.
Na uwagę zasługuje sama konstrukcja książki. Autorzy wyraźnie chcą, aby czytelnik nie tylko czytał o uczeniu się, lecz od razu ćwiczył pewien sposób pracy z tekstem. Rozdziały poprzedzone są skrótami, dzięki czemu można najpierw zorientować się w treści, wybrać najbardziej interesujące fragmenty, a dopiero później wrócić do szczegółów. Jest to zgodne z jedną z głównych tez książki: wiedzę warto najpierw ogarnąć całościowo, zbudować sobie mapę terenu, a następnie stopniowo pogłębiać poszczególne zagadnienia. To rozwiązanie bardzo praktyczne, zwłaszcza że objętość książki może początkowo onieśmielać. Paradoksalnie, mimo rozmiaru, nie jest to lektura ciężka. Język jest prosty, bez akademickiego zadęcia, a autorzy starają się mówić do czytelnika raczej jak do uczestnika warsztatu niż słuchacza wykładu.
Najmocniejszą stroną książki jest jej energia. Dryden i Vos potrafią przekonać, że uczenie się nie musi kojarzyć się z przymusem, nudą i szkolną ławką. Przeciwnie, pokazują je jako proces angażujący ciało, emocje, zmysły, relacje społeczne i wyobraźnię. Uczymy się przecież nie tylko wtedy, gdy siedzimy nad podręcznikiem. Uczymy się, gdy słuchamy, rysujemy, mówimy, porównujemy fakty, ćwiczymy, popełniamy błędy, wracamy do tematu i łączymy nowe informacje z tym, co już wiemy. W tym sensie książka bardzo dobrze przypomina rzecz niby oczywistą, ale w praktyce często lekceważoną: wiedza nie przykleja się do człowieka dlatego, że została podana na tablicy. Musi jeszcze znaleźć dla siebie miejsce w jego doświadczeniu.
Sporo miejsca autorzy poświęcają również edukacji dzieci. Widać tu wyraźną nieufność wobec szkoły rozumianej jako instytucja, która wszystkich prowadzi jedną ścieżką, w tym samym tempie i według tych samych kryteriów. Dryden i Vos przekonują, że dzieci naturalnie uczą się przez ciekawość, zabawę, eksperymentowanie i samodzielne odkrywanie świata, natomiast szkoła zbyt często tę spontaniczną aktywność porządkuje tak skutecznie, że przy okazji ją tłumi. Nie jest to myśl nowa, bo pobrzmiewają tu echa pedagogiki Montessori, podejścia waldorfskiego czy różnych modeli edukacji spersonalizowanej, ale autorzy podają ją w sposób przystępny i wzmacniają przykładami. Dla rodziców i nauczycieli może to być jeden z bardziej inspirujących fragmentów książki, choć trzeba od razu dodać, że inspiracja to jeszcze nie gotowy system naprawy szkoły.
I tutaj zaczynają się zastrzeżenia. „Rewolucja w uczeniu” jest książką pełną entuzjazmu, ale entuzjazm bywa w niej czasem silniejszy niż chłodna analiza. Niektóre koncepcje przedstawione są zbyt gładko, bez wystarczającego omówienia ograniczeń, kosztów i realiów wdrożenia. Łatwo napisać, że szkoła powinna uwzględniać indywidualne style uczenia się, różne typy inteligencji, potrzeby emocjonalne uczniów, multimedia, aktywność ruchową, naukę przez działanie i interdyscyplinarność. Znacznie trudniej pokazać, jak ma to zrobić przeciętny nauczyciel w publicznej szkole, z liczną klasą, podstawą programową, systemem oceniania, egzaminami i ograniczonym czasem. Autorzy często wskazują kierunek, ale nie zawsze dostarczają wystarczająco precyzyjnej mapy dojścia.
Drugi problem wynika z wieku książki. Widać, że powstawała w czasie ogromnego zachwytu nad internetem, multimediami i cyfrową przyszłością edukacji. Część przewidywań okazała się trafna: rzeczywiście żyjemy w świecie, w którym dostęp do wiedzy jest niemal natychmiastowy, a szkoła nie jest już jedynym miejscem kontaktu z informacją. Jednak z dzisiejszej perspektywy widać też, czego autorzy nie docenili. Sam dostęp do informacji nie oznacza jeszcze mądrości. Internet nie stał się wyłącznie wielką biblioteką ludzkości, ale także przestrzenią chaosu, dezinformacji, powierzchownej konsumpcji treści i cyfrowego rozproszenia. Dzisiaj równie ważne jak szybkie uczenie się jest krytyczne myślenie, weryfikowanie źródeł i umiejętność odróżniania wiedzy od atrakcyjnie opakowanej bzdury. Tego wymiaru w książce brakuje najbardziej.
Wątpliwości budzą także niektóre elementy psychologiczno-pedagogiczne. Fragmenty dotyczące stylów uczenia się czy sztywno rozumianych typów inteligencji należy dziś czytać ostrożnie, raczej jako świadectwo pewnego etapu myślenia o edukacji niż jako bezdyskusyjną wiedzę naukową. Podobnie część porad brzmi miejscami zbyt poradnikowo, jakby wystarczyło zastosować odpowiednią technikę, mapę myśli, muzykę, przerwę i pozytywne nastawienie, aby nauka niemal sama zaczęła działać. Tymczasem realne uczenie się, zwłaszcza matematyki, fizyki, chemii czy zaawansowanych kompetencji zawodowych, wymaga nie tylko przyjemnych bodźców, ale też dyscypliny, powtarzania, rozwiązywania trudnych problemów i mierzenia się z własną niewiedzą. Nauka bywa fascynująca, ale nie zawsze jest lekka. I dobrze, bo wysiłek również jest jej częścią.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Rewolucja w uczeniu” pozostaje książką wartościową. Najlepiej potraktować ją nie jako aktualny podręcznik neuronauki ani gotowy projekt reformy edukacji, lecz jako szeroki, inspirujący przewodnik po idei uczenia się przez całe życie. Autorzy bardzo słusznie przypominają, że człowiek nie kończy edukacji wraz z otrzymaniem dyplomu. Przeciwnie, dopiero wtedy często zaczyna się najważniejszy etap samodzielnego zdobywania wiedzy, wybierania własnych celów i szukania metod, które naprawdę działają. Pod tym względem książka może być szczególnie przydatna dla osób, które dopiero odkrywają, że można uczyć się inaczej niż przez bierne czytanie podręcznika i zakreślanie zdań na kolorowo.
Książka Drydena i Vos nie jest wolna od uproszczeń, nadmiernego optymizmu technologicznego i kilku koncepcji, które wymagają dzisiaj krytycznego komentarza. Niektórych czytelników może też zmęczyć nadmiar przykładów oraz momentami zbyt gładka wiara w edukacyjną rewolucję, która w praktyce rozbija się o koszty, instytucje i ludzkie przyzwyczajenia. Mimo to trudno przejść obok tej pozycji obojętnie. Jest w niej autentyczna wiara w potencjał człowieka, szacunek dla ciekawości i mocne przekonanie, że szkoła, rodzina i sam uczący się mogą zrobić znacznie więcej, niż zwykle zakładają. Nie jest to więc książka, która rozwiązuje wszystkie problemy edukacji. Jest raczej takim mocnym puknięciem w ławkę: obudźmy się, można uczyć lepiej. A nawet jeśli nie każda zapowiadana tu rewolucja się spełniła, to sama zachęta, aby nie godzić się na bylejakość w uczeniu, pozostaje zaskakująco aktualna.
