
Kapitał w XXI wieku
Thomas Piketty
Nierówności społeczne i problem sprawiedliwej dystrybucji bogactwa to zagadnienia, które od wieków fascynują, a zarazem niepokoją zarówno socjologów, jak i ekonomistów. Debata na temat tego, czy kapitalizm z definicji promuje nielicznych kosztem reszty społeczeństwa, w ostatnich dekadach wydawała się zdominowana przez paradygmat neoliberalny. W tak spolaryzowane środowisko intelektualne wkracza Thomas Piketty, francuski ekonomista i profesor Paris School of Economics, ze swoją monumentalną książką „Kapitał w XXI wieku”. Autor postawił sobie za cel zbadanie ewolucji podziału dochodów i majątków w bardzo długiej perspektywie czasowej, sięgającej aż do osiemnastego wieku. Owocem tej tytanicznej wręcz pracy nad dziesiątkami tysięcy danych fiskalnych z wielu krajów rozwiniętych jest opasłe, liczące ponad siedemset stron dzieło, które dla jednych stało się nowym objawieniem w walce z systemem, a dla innych symbolem lewicowej propagandy.
Zasadnicza oś narracji opiera się na bardzo prostej, a jednocześnie wywołującej wiele dyskusji nierówności: r > g, co w języku autora oznacza, że stopa zwrotu z kapitału systematycznie przewyższa ogólny wzrost gospodarczy. Książka została bardzo logicznie i konsekwentnie podzielona na cztery główne części. W pierwszej z nich otrzymujemy solidne fundamenty teoretyczne, na których Piketty dokładnie tłumaczy, czym jest produkt krajowy, dochód narodowy, jak definiuje stosunek kapitału do dochodu oraz w jaki sposób ch chociażby wzrost demograficzny wpływa na gospodarkę. Z tego skompresowanego wprowadzenia płynnie przechodzimy do drugiej części, gdzie zaserwowano nam fascynującą dynamikę historyczną. Dowiadujemy się w niej, jak na przestrzeni blisko trzystu lat ewoluowała natura bogactwa w krajach takich jak Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone. Piketty niezwykle skrupulatnie pokazuje, że dawny kapitał ziemski z osiemnastego wieku z biegiem lat i rewolucji przekształcił się w kapitał przemysłowy, a obecnie głównie nieruchomościowy i finansowy. Na uwagę zasługuje fakt, że według zgromadzonych przez autora danych jedynym okresem faktycznej i trwałej redukcji nierówności był czas między rokiem 1914 a 1970, co wynikało jednak bezpośrednio z gigantycznego zniszczenia globalnego kapitału podczas obydwu wojen światowych oraz z nałożenia wyjątkowo wysokich podatków w okresie powojennym.
W trzeciej części autor zagłębia się w nierówności na poziomie jednostkowym, wnikliwie analizując proporcje między tym, co można osiągnąć własną pracą, a tym, co w dzisiejszych czasach pochodzi z oszczędności i dziedziczenia. To właśnie w tych rozdziałach Piketty identyfikuje stosunkowo nowe zjawisko wykształcenia się tak zwanych „supermenadżerów”, występujących ze szczególnym nasileniem w krajach anglosaskich. To nieliczna grupa osób, które w sposób nierzadko arbitralny przyznają sobie wręcz obsceniczne wynagrodzenia, często zupełnie oderwane od ich realnej krańcowej produktywności czy wkładu w rozwój technologii. Badacz dowodzi ponadto, że od lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku majątek dziedziczony po raz kolejny zaczyna rosnąć szybciej i dominować nad kapitałem wypracowanym samodzielnie, co powoli cofa nasze cywilizacje do czasów patrymonialnego kapitalizmu rodem z dziewiętnastego wieku. W ostatniej, czwartej części zatytułowanej „Państwo socjalne na XXI wiek”, francuski badacz ostatecznie staje przed wyzwaniem zaproponowania rozwiązań prawnych i skarbowych, które miałyby zatrzymać tę spiralę akumulacji. Jego główną, a zarazem budzącą największe kontrowersje receptą, jest wprowadzenie progresywnego, globalnego podatku od kapitału (często proponowanego w ekstremalnie wysokich stawkach rzędu 80 procent dla najbogatszych) oraz ścisłe i restrykcyjne opodatkowanie wszelkich form spadków.
Książki o tak ogromnym ładunku społeczno-politycznym nie można jednak oceniać bezkrytycznie i chociaż sam ogrom zebranych danych historycznych budzi powszechny szacunek, to interpretacje autora nierzadko dają powód do uzasadnionego oburzenia u ekonomistów reprezentujących bardziej wolnorynkowe nurty. Środowiska liberalne słusznie wytykają Piketty’emu między innymi fundamentalne niezrozumienie natury kapitału, traktowanego w książce jak jednolity, samoodnawiający się agregat zapewniający dożywotnią rentę. Autor ignoruje zupełnie fakt, że większość aktywów wymaga nieustannej akumulacji, nakładów pracy, finansów oraz cierpi z powodu amortyzacji, co doskonale widać chociażby na przykładzie często przytaczanych przez niego mieszkań na wynajem, które się starzeją i niszczeją. Co więcej, Piketty w swoim wywodzie niemal całkowicie marginalizuje wpływ natury pieniądza, inflacji oraz decyzji banków centralnych. Wykazując braki chociażby w teoriach szkoły austriackiej, nie dostrzega on wpływu kreacji fiducjarnego pieniądza na rozwarstwienie dochodowe i traktuje inflację dość pobieżnie. Trzeba też jasno zauważyć, że proponowane przez niego rozwiązania bazujące na ogólnoświatowej ewidencji majątków zahaczają o systemową utopię rodem z „Roku 1984”. Byłyby to postulaty niemożliwe do skoordynowania w świecie podzielonym na państwa narodowe, a ponadto dawałyby instytucjom państwowym wręcz przerażające narzędzia do inwigilacji obywateli w imię przymusowej redystrybucji. Autor w wielu miejscach sam zresztą lojalnie ostrzega czytelnika, że wprowadzenie takiego globalnego podatku jest w praktyce mało prawdopodobne.
Przechodząc do kwestii edytorskich i estetyki samego przekazu, trzeba oddać autorowi i redakcji, że to świetnie przygotowana praca o akademickich korzeniach. Mimo że „Kapitał…” to wyjątkowo potężna pozycja naszpikowana procentami, wykresami statystycznymi i równaniami, to zadziwiająco łatwo się ją czyta – miejscami niemal jak trzymający w napięciu kryminał o rynkach finansowych. Styl badacza jest jasny, pozbawiony uciążliwego żargonu, a co najciekawsze, autor dba o to, by suche fakty poprzeć wspaniale dobranym tłem literackim. Wplatanie w wywód ekonomiczny konkretnych i namacalnych dygresji zaczerpniętych wprost z powieści Jane Austen czy Honoriusza Balzaca doskonale buduje grunt do zrozumienia, w jaki sposób minione społeczeństwa postrzegały rentierów i realia życia z nagromadzonego bogactwa. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że końcówka książki lekko traci na impecie i precyzji, gdy autor zaczyna dość chaotycznie przeskakiwać na pobieżnie potraktowane tematy polityki migracyjnej czy globalnego ocieplenia, które zupełnie nie kleją się z głównym trzonem analizy i niepotrzebnie rozpychają objętość całości.
Podsumowując, dzieło to zdecydowanie pozycja o statusie wagi ciężkiej, z którą prędzej czy później powinien zmierzyć się każdy szczerze zainteresowany rynkami finansowymi, trendami socjologicznymi i przyszłym kształtem naszego społeczeństwa. Z tezami politycznymi autora nie trzeba, a znając chociaż trochę historię systemów gospodarczych – wręcz nie powinno się bezkrytycznie zgadzać, aplikując wobec nich odpowiednią dawkę sceptycyzmu i logiki. Niezależnie jednak od osobistych przekonań dotyczących roli państwa czy definicji wolnego rynku, książka ta otwiera oczy na dynamikę wielu procesów ekonomicznych, skłania do głębokiego namysłu i wywołuje jak najbardziej potrzebną debatę wokół narastających problemów dzisiejszego świata. Jedno jest bezwzględnie pewne – każdy, kto zainwestuje swój czas w tę obszerną lekturę, znacznie poszerzy własne horyzonty i diametralnie inaczej spojrzy na tak oczywiste z pozoru hasła, jak opodatkowanie, majątek czy kapitał.
