Menu nawigacji stronami

Recenzje książek. Wszystko dla miłośników książek

Ukryty wymiar - Patronat MoznaPrzeczytac.pl

Religia nie ma uczuć – Marcin Holdenmajer

Recenzja książki Religia nie ma uczuć - Marcin Holdenmajer

Religia nie ma uczuć
Marcin Holdenmajer

Religia jako opium, nie łącząca, a dzieląca ludzi. Teza bynajmniej nie nowa, niespecjalnie uargumentowana, jednak „Religia nie ma uczuć” właśnie po takiej płaszczyźnie ideowej się porusza. Nie twierdzę, że to źle, nie uważam także, by ta książka rozczarowywała, zauważam jednak, że raczej nie wnosi niczego nowego do dyskusji na temat religii czy bezwzględnych instytucji religijnych, a raczej zabiera głos w sposób oczywisty, przewidywalny. Czy warto zatem go wysłuchać?

Marcin Holdenmajer poszedł w dość odważną, bo skrajną, stronę. A wiadomo, gdy szukamy przykładów nie pomiędzy konkretnymi stanowiskami czy wartościami, bliżej złotego środka, a gdzieś dalej, na przykład na dwóch opozycyjnych krańcach, i w jedną, i w drugą stronę wykrzywionych i przejaskrawionych, znajdziemy to, na czym nam zależy. Nie sztuka dopasować narracji pod własny tok myślenia, nie dając dojść do głosu kontrargumentom, posługując się wyłącznie radykalnymi czy kategorycznymi osądami. To zawsze jest możliwe, zwłaszcza że religia – jako taka, niezależnie od pojęć czy zasad, które głosi – za każdym razem znajduje zarówno odbiorców, jak i wrogów, wyznawców i przeciwników. Każdy zatem sposób jej odbioru, nieważne z której strony umieszczony, znajdzie zwolenników. By jednak stworzyć obraz, który okaże się przenikliwy, bo prawdziwy, bardziej obiektywny, mierzący i uwzględniający różne perspektywy, należy wystrzegać się tak radykalnego i jednoznacznego, jak w przypadku książki „Religia nie ma uczuć”, podejścia – wszak nic nie jest jednowymiarowe czy jednoimienne.

Religia nie ma uczuć” jest napisana w sposób, który utrudnia może nie samo czytanie, ale z całą pewnością wiarę w to, co poznawane. Wynika to przede wszystkim z tego, że autor posługuje się taktyką niebezpieczną i nieprzekonującą, stosowaną właściwie przez całą książkę, w każdym mniejszym lub większym rozdziale. Mam na myśli przejaskrawianie problemów czy wciąganie w dyskusję wyłącznie tych argumentów tudzież sytuacji, które najmocniej – dalece od statystyk czy codziennych doświadczeń – ukazują domniemane tendencje lub zjawiska. Mam świadomość tego, że najpewniej taki był cel, by mocno i dosadnie uzasadnić tytułową tezę, ale, przepraszam, czy nie brzmi ona przesadnie? Każda historia, którą przytacza autor, to opowieść maksymalna, realizująca się właśnie w tym górnym rejestrze zdarzeń, ewidentnie potwierdzając to, co zakłada tytuł. Poznajemy losy młodych lub starszych ludzi, młodzieży, dzieci lub dorosłych, którzy, ponosząc wielką, nie do wycenienia, stratę, padają ofiarami religii – oczywiście systemu, interpretacji, instytucji, czegoś powierzchownego, nie zaś samej filozofii. Właśnie to, ten rodzaj spojrzenia, uwzględniający w tym wypadku już nie tylko jedną stronę, ale także jej najmocniejsze, najgorsze wymiary, budzi mój sprzeciw, choć zasadniczo zgadzam się z autorem, co do jego przekonań. Nie odpowiada mi budowanie narracji, rzekomo opiniotwórczej, mówiącej o czymś w sposób tak jednoznaczny, ukazujący społeczny problem na zasadzie permanentnych przejaskrawień i podejścia, w myśl którego mówienie wielkimi hasłami i spektakularnymi zdarzeniami „załatwia” sprawę. Nie, właśnie nie – nie załatwia. Bo daje wgląd w to, co tragiczne i rzeczywiście związane z omawianym problemem, ale bynajmniej nie w sposób uniwersalny, a właśnie poszczególny, wybiórczy, prowadzony nie szeroko, pod dyskusję, a wyłącznie podług konkretnych celów autora – obronienia postawionej tezy. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że to książka nie tyle wpływająca na światopogląd, budująca podejście na przykład do Kościoła czy włączająca się w ważną, bo dotycząca naszego społeczeństwa, dyskusję, ile bliska nieobiektywnym, niekiedy rozrywkowym, tekstom, typu „10 najdziwniejszych/najniebezpieczniejszych sytuacji”. Przybliża skrajne historie, ale tylko tyle – pokazuje, do czego może doprowadzić fanatyzm, a przecież należy mieć na uwadze, że religia, a zatem i wierzący, to nie tylko fanatycy i ludzie pozbawieni rozsądku czy empatii… wystarczy się rozejrzeć, poszukać wśród znajomych i rodziny, by się przekonać, że tytuł tej książki powinien brzmieć „Religia może nie mieć uczuć”, a nie „Religia nie ma uczuć”. Autor, uogólniając już na samym wstępie, w tytule, a następnie w narracji, tworzy po prostu nieprawdziwy, przekłamany obraz tego, co choć rzeczywiście potrafi być niebezpieczne, groźne i złe, nie zawsze takie bywa.

Trudno też zrozumieć, skąd tyle pewności czy przekonania, braku relatywizmu, w tej książce. Opinie, które wygłasza autor, są po prostu radykalne i za bardzo jednoznaczne. Ocenianie religii jako tej, która jest szkodliwa, patrzenie na konkretne społeczności przez pryzmat ich rzekomo głównych cech czy wyciąganie wniosków na podstawie skrajnych przypadków nie sprawia, że Marcin Holdenmajer przekonuje nas, zaprasza do rozmowy – za mało w tym obiektywizmu, a za dużo przekonania, że można coś traktować zero-jedynkowo. Zresztą, poza uogólnieniami, których w tym przypadku jest naprawdę bez liku, co zaczyna się z czasem traktować jak nieznośną manierę, sporo w tej książce niestety banału i klatek literackich, dobrze znanych czytelnikowi. Mam na myśli przede wszystkim miałkość i przewidywalność niektórych historii, powielających pewien wzór, a także sam sposób opowiadania – podparty na przykład licznymi pytaniami retorycznymi, na ogół niesamowicie infantylnymi (rzekomo o sens, o niezawinione cierpienie). Zastanawiające jest to, że autor zabiera głos w tak mocny sposób, posługując się tak słabymi formami literackimi – bazującymi na głębokim banalne. Po pierwsze, na przykład opowieść o odtrąconej przez otoczenie buntowniczce, zmuszonej do odnalezienia się w nowych, opłaconych przeklęciem, realiach, czy o dziewczynce, która, nie godząc się na system patriarchalny i uwłaczające reguły, wychodzi poza szereg, przełamuje tabu, to rzeczy i sytuacje dobrze znane – choćby z tanich brukowców czy nie raz, nie dwa opowiadanych historii. Po drugie, sposób podania, zupełnie niewyszukany, właśnie tabloidowy, dążący do jednoznacznej oceny i doraźnej refleksji, także rozczarowuje, bo nie wchodzi z odbiorcą w żadną grę, bynajmniej nie intryguje – opowiada w prosty sposób o dość znanych sytuacjach.

Informacje o książce:
Tytuł: Religia nie ma uczuć
Tytuł oryginału: Religia nie ma uczuć
Autor: Marcin Holdenmajer
ISBN: 9788380835986
Wydawca: Novae Res
Rok: 2017

Zaprzyjaźnione blogi